Przypadek albo rosyjska ruletka

„Bóg nie gra w kości z wszechświatem” – stwierdził niegdyś Albert Einstein. Jakby jednak wyglądał nasz świat, gdyby życie stało się loterią? Być może odpowiedź na powyższe pytanie odnajdziemy w pierwszej opublikowanej przez Philipa Dicka powieści. „Słoneczna loteria” to bowiem opowieść o tym, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa przypadek, a w jakim stopniu świadomie decydujemy o własnych czynach. W wykreowanym przez Dicka uniwersum przyszłości władzę sprawuje osoba wytypowana przez zbudowany według zasad Minimaxu generator losowy, zwany inaczej „butelką”. Wybrany tym sposobem Lotermistrz sprawuje rządy w całym Układzie Słonecznym. Dni jego panowania naznaczone są jednak goryczą, gdyż musi strzec się przed ścigającymi go zabójcami, wyszukanymi naturalnie tą samą metodą.

Czy Dick w „Słonecznej loterii” zaskakuje? Nie. Jego wizje przyszłości są pesymistyczne, ponure, przygnębiające. Światy, w których ludzie dysponują zaawansowaną techniką, okazują się mroczne i zdegenerowane, ogromną rolę odgrywają w nich obdarzeni nadprzyrodzonymi zdolnościami psychicznymi telepaci. Ta powtarzalność mogłaby u innego pisarza męczyć, ale w przypadku autora „Ubika” staje się atutem. Nikt inny nie byłby w stanie wykreować tak niepowtarzalnego, dziwnego, a zarazem dusznego klimatu. Łatwo więc dostrzec, że pierwsza powieść amerykańskiego pisarza nosi wiele cech typowych dla jego późniejszego stylu, znajdziemy w niej również motywy powtarzające się w kolejnych dziełach.

Prostota fabuły, podobnie jak w przypadku „Blade Runnera”, działa na korzyść książki. Akcja rozwija się dynamicznie, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Jaką rolę odegra w tym świecie Ted Benkeley, będący „niepozornym, zwykłym człowiekiem, na którego spadają niezwykłe obowiązki” (tak pisał Lech Jęczyk o Ricku Deckardzie, lecz jego słowa można równie dobrze odnieść do bohatera „Słonecznej loterii”), ten ostatni sprawiedliwy, potrafiący dostrzec, iż system loterii jest „przeżarty, skorumpowany, runie pod naciskiem palca”? Czy odkryje, dlaczego podobny ustrój sprzyja nielicznym, podczas gdy reszta społeczeństwa musi zadowolić się ochłapami?

Wspomniany wyżej Lech Jęczyk we wstępie do „Valis” pisał: „zakończenia wielu powieści Dicka sprawiają wrażenie sztucznie doklejonych, jakby autor powiedział sobie »mógłbym to jeszcze pisać przez rok, ale kończy mi się kasa i muszę coś wysłać do wydawnictwa«”. Podobne odczucia miałam, czytając nie tylko„Słoneczną loterię”, lecz także późniejsze dzieła amerykańskiego pisarza. Jak widać, owe drobne grzechy, np. niepasujące do całości epilogi, pojawiły się w twórczości Dicka już na samym początku, ale, o dziwo, zupełnie nie psują przyjemności z lektury.

Zgadzam się z Jarosławem Grzędowiczem, dla którego autor „Ubika” „potrafił tworzyć światy, które się nie starzeją. Nieważne, jaką wyznaczył datę, jak umownie potraktował rozwój techniki – z poziomu, który opisuje, jego koncepty nie stają się archaiczne, ale nadal wywołują »szok kulturowy«”. Nic dziwnego, iż dzieła Dicka doczekały się tylu ekranizacji i są wznawiane w nowej, niezwykle atrakcyjnej szacie graficznej. Można narzekać, że twórczość amerykańskiego pisarza jest nierówna, zdecydowanie najwybitniejszymi dziełami pozostają „Ubik” czy „Valis”, jednak w takim bogactwie powieści każdy miłośnik science fiction znajdzie coś dla siebie. A kto raz zasmakuje prozy Dicka, ten zapragnie wracać do niej wielokrotnie, bowiem twórczość amerykańskiego pisarza uzależnia jak najmocniejszy narkotyk.

Wydawnictwo Rebis
Tłumaczenie: Jan Zieliński
Data wydania: 12 marca 2019
Liczba stron: 256
Recenzja ukazała się na stronie Lubimy Czytać.

Komentarze