Kiedy umiera język, umiera cały świat

Czytaliście może "Metodę wodną" Johna Irvinga? Główny bohater pracuje nad tłumaczeniem starego poematu z prawie zapomnianego już języka staro-dolno-nordyjskiego. Specyficzne poczucie humoru amerykańskiego pisarza przychodziło mi na myśl niejednokrotnie podczas lektury "Śmierci w lesie deszczowym". Autor książki przeplata bowiem swoją opowieść o pobycie w maleńkiej wiosce Gapun, leżącej w Papui-Nowej Gwinei, anegdotami i żartami. Oj, trudno powstrzymać uśmiech, kiedy czyta się o wymyślnych przekleństwach rzucanych przez tamtejszych mieszkańców!

Nie chciałabym jednak już na samym początku zdradzać tego, co jest w moim mniemaniu crème de la crème snutej przez antropologa historii. Nie są to bowiem jedynie żartobliwe opowiastki z życia poczciwych gapuńczyków, a relacja naukowca okazuje się wyjątkowo wielowymiarowa. Na przestrzeni trzydziestu lat, gdy powracał on do maleńkiej miejscowości, zdołał poznać życie jej mieszkańców bardzo dobrze, zaś jego podejście do rodzimych zwyczajów pozbawione jest uprzedzeń i przesądów. Don Kulick opowiada o niezwykłej życzliwości Papuańczyków wobec obcokrajowców. Życzliwości, przybierającej niekiedy dość kłopotliwe formy, szczególnie gdy próbują oni częstować przybysza lokalnymi rarytasami kulinarnymi lub uznają go za przybywającego w nowym wcieleniu ducha przodków.

Jeśli przeczytacie "Śmierć w lesie deszczowym", zrozumiecie jednak, iż miejsce, do którego przybył antropolog nie jest sielankową wioską w sercu przepięknej dżungli. Relację autora czyta się momentami niczym porywającą powieść akcji. Porusza ona tym bardziej, że oto mamy do czynienia z wydarzeniami, dziejącymi się gdzieś w odległych rejonach naszego globu prawie codziennie. Skorumpowane władze, które nie dbają o dobro swoich mieszkańców. Policjanci, którzy zamiast chronić ludność, nadużywają swojej władzy. Bezrozumna przemoc, zmuszająca naukowca do przerwania badań w obawie o swoje zdrowie i życie.

"Śmierć w lesie deszczowym" okazuje się przede wszystkim wnikliwym studium nad zmianami społecznymi, ekonomicznymi czy kulturowymi, jakie doprowadziły do zanikania starego języka. Kulick mówi o podobnych procesach w sposób pozbawiony dramatyzmu, jednak uświadamia nam, że wraz z zanikaniem starych dialektów tracimy bezpowrotnie cenną wiedzę.

Mądrość oraz poczucie humoru amerykańskiego antropologa przywodziły mi niekiedy na myśl styl narracji, jaki odnajdziemy w książce Davida Attenborough - "Przygody młodego podróżnika". W obydwu przypadkach mamy do czynienia z wartościową, poszerzającą horyzonty literaturą.

Chociaż nie należę do osób łatwo ulegających wzruszeniom, zakończenie książki wzbudziło we mnie głęboki smutek. Wyznanie człowieka, który prawie całe życie poświęcił pracy badawczej i pisze o przesłankach, jakie skłoniły go do zakończenia swego projektu, przesiąknięte jest takim poczuciem żalu, że po odłożeniu książki na bok wydźwięk tego przesłania na długo pozostaje w pamięci.


Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Tłumaczenie: Aleksandra Czwojdrak
Seria: Mundus
Data wydania: 23 marca 2020
Liczba stron: 256

Komentarze

  1. Brzmi naprawdę zachęcająco, lubię takie wielowarstwowe i wartościowe utwory.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty